OKIEM BABY SENTYMENTALNEJ

Po 4 godzinach jazdy ujrzałam w końcu zarysy moich ukochanych Tatr. Raz-dwa przez Krupówki na busa i już po chwili raźno wkroczyłam na podwórko "bazy u Galicy". Przywitanie się z gospodarzami, krótka wymiana zdań z Grzesiem i Monią, i już gnam z plecakiem nad Ciemnosmreczyński.

Rześkie, górskie powietrze nie tylko dostaje się do płuc, ale napełnia energią całe ciało...

Biel śniegu - nieskażona, spokojna - oczyszcza umysł...

Widok gór koi serce...

Z każdym krokiem czarne myśli ustępują miejsca dzikiej, nieuzasadnionej radości...

Blask słońca wywołuje uśmiech...

Znowu czuję, że żyję...

Kiedy wracam, ekipy po kolei powracają z akcji. Baza zaludnia się zmęczonymi, ale szczęśliwymi grotołazami. Część w pokojach na górze, reszta - na dole. W otwartej w tym roku kuchni nieustannie gotuje się woda – "plastikowe zupki z gumowym makaronem", gorące kubki i inna "chemia" idą w ruch, potem herbata i jakieś kanapki. Po akcji wszystko smakuje jak w najlepszej restauracji. "Wolna"- słychać co jakiś czas od strony łazienki- ale tym razem to nie przepinki, to kolejka do prysznica, która zdaje się nie mieć końca. Gaździna schodzi do nas z wiadrem drewna: "Ojeju toć tu się do pieca dojść nie da"- śmieje się na widok kotłowni, która doskonale służy nam za suszarnię. W pewnym momencie wszyscy gromadzą się na dole by ustalić plany na jutro.

Akcje przebiegają sprawnie, kursanci śmigają nieźle i mało jest "spowalniaczy". Wieczorna odprawa zaczyna wchodzić do tradycji. Imprezy, hucznie obchodzimy urodziny Jasia – solenizant nas oczarowuje [a właściwie czaruje – jego magiczne sztuczki są już kultowe, tak jak i sypanie żartami ;) ]

Postanawiam trochę pozwiedzać szlaki. Pogoda dopisuje - śnieg, troszkę słoneczka, jakiś wietrzyk – nic nie wskazuje tragedii. Dopiero na bazie dowiadujemy się o ofiarach lawiny nad Morskim Okiem. Tacy młodzi... kiwamy smutno głową...

Mimo protestu niezmordowanych kursantów jest i "dzień bazowy". Odsypianie, zakupy w Zakopanym, wyjazd na Suchą Horę, pranie, spacery – jest wiele wariantów spędzenia tego dnia. Są też plany wyjścia do Zimnej. Na bramce okazuje się jednak, że ogłoszono 3 stopień zagrożenia lawinowego i nie wydają zezwoleń. Nie warto ryzykować, jutro też jest dzień. Idziemy wypróbować "jee te takie fajne kolczatki"(cyt. chłopczyka w Kościeliskiej). Raki, czekany – myślałby kto, że planujemy jakieś szczyty, a my tylko do Raptawickiej i Mylnej. Potem część idzie jeszcze do Mysiej, reszta na "bałwanki"- czyli zjazdy z górki z próbą wyhamowywania czekanem. Wracamy obici jak worki kartofli, ale...

Wieczorem baza wypełnia się śmiechem, radością i życzliwością. Tak rzadko ludzie maja odwagę by być tak serdeczni, jakimi są naprawdę, a tu przychodzi to jakoś naturalnie. Ludzie tak przecież różni – wiekiem, płcią, wykształceniem, doświadczeniem, charakterem... ale połączeni wspólną pasją, stają się sobie równi, nawiązują się wspaniałe przyjaźnie...

Kolejny dzień - udaje się załatwić cofnięcie zakazu wstępu do kilku jaskiń, znowu ruszamy do dziur.

Przedostatni dzień. Większość już rozjeżdża się do domów, kilka osób wyciąga Ewę na "bałwanki", ktoś "poprzez śniegi i zawieje" brnie do Naciekowej.

Wieczorem impreza przenosi się do Witowa na bazę KKS-u, gdzie nasi instruktorzy zaczną szkolić tamtejszy kurs.

Nie obyło się też bez zajrzenia na bazę letnią. Polana Rogoźniczańska, uśpiona w białym puchu, śliczna... z mnóstwem wspomnień ludzi i zdarzeń, zaklętych na tej zwykłej łące... z sentymentem pomyślałam o tych wszystkich grotołazach, którzy przewijają się przez te miejsce w wakacje - aż trudno uwierzyć, bo teraz tak tu pusto.

Hmmm... koniec obozu zimowego, czas wracać, do zobaczenia znów...

Agnieszka M.