śnieżna ? Czarna? - nie, Zimna...

Dnia 17 listopada 2001 roku odbyła się akcja do Jaskini Zimnej, w której udział wzięli Andrzej Michałek, Jasiek Płodzień, Gosia Zawadzka, Damian Sprycha, Agnieszka Danecka i ja, czyli Jakub Dębski. Nie byłoby w niej nic szczególnego, gdyby nie to, że była to nasza pierwsza, w pełni samodzielna akcja po kursie i otrzymaniu Kart Taternika.

Tuż przed wakacjami wpadłem na Polanę Rogożniczańską i załapałem się na akcję do Jaskini śnieżnej. Była to jednak druga jaskinia tego dnia odwiedzana przez nas, więc nie zaszliśmy w niej daleko. Pozostał pewien niedosyt. Jaskinia spodobała mi się na tyle, że pełen zapału wstępnie umówiłem się z Jaśkiem z Rzeszowa na akcję, w której miał nam pomóc Włodek Porębski czyli "Jacóś". Kiedy przyszły wakacje i przeszkalany był kolejny kurs, przyjechałem na Polanę z myślą, że Jaskinię śnieżną zwiedzę. Niestety - los, jak to los - był złośliwy i tuż przed nami zostały wzięte ostatnie, tegoroczne zezwolenia na akcję w tej jaskini. Musieliśmy obejść się smakiem. Odwiedziliśmy kilka jaskiń, lecz pozostała we mnie chęć samodzielnego zorganizowania akcji i sprawdzenia się bez nadzoru instruktora. Sprawdzenia jak wiele lub jak mało się nauczyliśmy.

Na "Speleokonfrontacje" przyjechałem przygotowany, z planami jaskiń, w celu zebrania grupy ludzi, z którymi chętnie do jaskini bym poszedł. Udało mi się to bez większych problemów i po wielu dyskusjach z nimi wybór padł na jaskinię Czarną. Byliśmy w niej na kursie, lecz tylko do Jeziorka Szmaragdowego. Wypadałoby więc zobaczyć co jest dalej...

Rozpoczęły się przygotowania. Jako kierownik akcji starałem się pozałatwiać i dopilnować wszystkiego, aby nie było niespodzianek. Na szczęście grupa była mocno aktywna dzięki czemu jedna osoba załatwiła szkic techniczny, druga dokładny opis jaskini, jeszcze inna zajęła się przygotowaniem sprzętu. Niewiele mi pozostało do roboty - ale taka to już rola kierownika: inni pracują, a kierownik zbiera laury lub opieprz.

Akcja została przyszykowana bardzo starannie. Jako, że to pierwsza samodzielna akcja, wszyscy byli nadzwyczaj dobrze przygotowani. Pomijając takie szczegóły jak kilka kopii szkiców technicznych i różnych opisów, zwykłego jedzenia i wszelkich frykasów starczyłoby na wyżywienie pięć razy większej grupy.

Do Zakopanego dotarliśmy bez większych problemów. Do końca nie było wiadomo, czy uda się załatwić samochód, więc wpadliśmy z Andrzejem do Dąbrowy Górniczej by rozdzielić pomiędzy siebie wyciągnięty przez Agnieszkę sprzęt. Na szczęście przywitał nas znajomy kształt jej auta i zabraliśmy się we trójkę do Krakowa. W Krakowie dołączył do nas Damian i przywitaliśmy się z Gosią, która miała już wykupiony bilet na pociąg do Zakopca. Pojechaliśmy więc we czwórkę. Jasiek miał dotrzeć dopiero rano.

Z Zakopanego udaliśmy się razem do Galicówki; było już dosyć późno. Nocą siedzieliśmy jeszcze długo pakując się, rozmawiając o jutrzejszej akcji i wielu innych rzeczach. Rozsądek musiał mimo wszystko zatriumfować więc położyliśmy się spać, by rano móc normalnie funkcjonować.

Taka to już rola kierownika. Wszyscy smacznie spali a ja musiałem pomykać na "bramkę" po zezwolenia.

Zimno jak cholera, pochmurno, ja zaspany, droga śliska - jednym słowem - paskudnie się zapowiadało. Na bramce zaś stała się jedyna rzecz, jakiej się naprawdę obawiałem w tej akcji. Nie było już zezwoleń!

Zrezygnowany wróciłem na bazę. Obudziłem tych, których dało się obudzić i zaczęła się burzliwa dyskusja - mamy właściwie jedną użyteczną linę 90-tkę, żadnych szkiców technicznych, brak informacji o nieznanych nam jaskiniach, po prostu się załamać. Przedyskutowaliśmy kilka możliwości, lecz trudno było wybrać coś, co poprawiłoby nam nastrój. Zadzwonił też Jasiek, że niedługo przyjedzie - nic mu nie powiedzieliśmy - po co

psuć chłopakowi humor.

W rozmowie z naszym "mentorem" Jacóśiem zostaliśmy przekonani, że najsensowniej będzie iść do jaskini Zimnej. Też w niej byliśmy, ale też nie daleko. Na bramce zezwolenia do niej były (pogoda też się poprawiła, a to zawsze biorę za dobry znak). Dotarł Jasiek, było jeszcze kilka telefonów, zjedliśmy śniadanie, zaczęliśmy się pakować, obudziła się Agnieszka...

Pod otwór jaskini dotarliśmy dosyć późno, przed południem. Ogólnie jakoś się nie spieszyliśmy. "Młodzi", kiedy dowiedzieli się, że w tej jaskini jest Ponor, przez który będą musieli przejść "jak na zdjęciach" (z naszego obozu zimowego, dostępne na stronie), powiedzieli krótko - "nie ma mowy!".

W wejściu spotkaliśmy dwójkę chyba turystów, więc aby nie poginęła nam zawartość plecaków razem z nimi, wciągnęliśmy cały sprzęt głęboko do dziury. Przed wślizgnięciem się do dziury zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę, by potem móc wspominać lśniący w promieniach słońca, nowy sprzęt.

Nie wszyscy z naszej grupy byli w tej jaskini i bardzo im się ona od samego początku spodobała. Dosyć szybko dotarliśmy do małych jeziorek tudzież większych kałuż, w których było zaskakująco dużo wody, chyba nawet więcej niż gdy byliśmy w zimę, gdy Ponor był zalany znacznie ponad pas... Cóż, zapowiadała się miła chwila pływania w skromnych strojach...

Jednak ku naszemu zaskoczeniu (no, nie do końca, w zimę była straszna odwilż), Ponor można było przejść suchą nogą (nie licząc błota po kolana), co bardzo poprawiło nam humor. Tu też zrobiliśmy sobie zdjęcie, mniej więcej z takiej perspektywy, z jakiej było robione pół roku wcześniej, aby można je było porównać.

Poprzez Błotny Próg doszliśmy do Progu Wantowego, który wywspinał Jasiek, a na którym ja zrobiłem "punkty". To też nam całkiem szybko poszło. Należy jednak pamiętać, że mieliśmy ze sobą tylko liny 90-tkę i 20-tkę, co powodowało spore opóźnienia - przed każdym miejscem, gdzie lina była potrzebna, musieliśmy się wszyscy zebrać. Choć spowalniało to znacznie akcję, stworzyło bardzo miły jej klimat - wszędzie byliśmy razem i razem pokonywaliśmy występujące trudności. Miłe było też coś, co trudno spotkać na akcjach z kursantami, mianowicie wszyscy aż rwali się do roboty. Musiałem czasami wybrać która z chętnych do danej rzeczy osób będzie ją robiła, a która następną.

Humor nam dotrzymywał i dotarliśmy do Czarnego Komina, bardzo, ale to bardzo śliskiego. Do wspinania wyrwała się Agnieszka, która po dłuższym czasie i sporym wysiłku dotarła do Półki. Tam zmienił ją Damian i też z problemami dotarł do Beczki. Wykonali kawał dobrej roboty. Był to jeden z trudniejszych momentów w jaskini, mimo dużej ilości batinoxów na tym ponad 40 metrowym odcinku. Nam, młodym grotołazom, trochę trudno wyobrazić sobie pokonywanie go z kilkoma tylko punktami. Ale jesteśmy przyzwyczajeni do takich ułatwień... (jak to stwierdził Dżygit, gdy mu podesłałem aktualny szkic Zimnej "O k....! Ktoś spier...ił jaskinię!!!")

Przy Beczce (było już około godziny 19 - nie śpieszyliśmy się podczas całej akcji) zrobiliśmy sobie dłuższy biwak. Hm... taki biwak to marzenie. Jedzenia i picia było pod dostatkiem. Gorące kubki z makaronem z zupek chińskich, czekolady, herbatki o różnych smakach, na deser cukierki kawowe... Mniam...

Słodyczy całemu biwakowi dodawało też mleczko skondensowane, które wylało się i upaćkało wszystko, co mogło się upaćkać w kuchni. Jednak zabieranie puszki to nie taki głupi pomysł...

Rozleniwieni trochę musieliśmy ruszać. Za Trawers nad Beczką zabrał się chyba najlepszy wspinacz w naszym zespole, czyli Agnieszka. Szkoda, że nie uwieczniliśmy szpagatu, jaki robiła pomiędzy ścianami. Po prostu nas zatkało. Tak się nie da.

Przeżyliśmy też chwile grozy, kiedy to Agnieszka miała na asekuracji tyle luzu, że gdyby odpadła, miałaby zimną jak ta jaskinia kąpiel, a jednocześnie nie mogła dosięgnąć małego stalagmitu... Zamilkliśmy i staliśmy cicho, kiedy to "przyszła gwiazda polskiej Speleologii", jak to ją ktoś określił, walczyła ze ścianą...

Biwak zostawiliśmy tutaj i nie pakowaliśmy, aby w drodze powrotnej móc się jeszcze posilić (po co się spieszyć? Jaskinia nie Gołota, nie ucieknie...). Na Czarnym Kominie wiele grup kończyło kiedyś tę jaskinię. Dzięki tylu punktom asekuracyjnym mogliśmy zaś podziwiać znajdujące się za Beczką piękne partie jaskini. Może to pobiwakowe ciepło w naszych brzuszkach, może brak zmęczenia, a może miła atmosfera, ale ogarnął nas autentyczny zachwyt nad znajdującymi się tam naciekami, mlekiem wapiennym, które aż kusiło, żeby go spróbować, nad kolorystyką i kształtem niektórych form...

Biały korytarz i Biały komin pokonaliśmy bez problemów i dotarliśmy do Wielkich Kominów. Z tego, co wiedzieliśmy, był to ostatni element, który mogliśmy pokonać z posiadaną przez nas liną. Kiedy patrzę teraz na szkic techniczny, widzę, że mogliśmy zajść znacznie dalej. Niestety, nie mieliśmy go wtedy ze sobą.

Nie byliśmy też na to nastawieni i zaczynało robić się późno (około 21), a nie wiedzieliśmy ile czasu zajmie nam powrót i czy nie wystąpią dodatkowe problemy (np. czy nie będzie gdzieś znowu się trzeba wspinać, jak zablokuje się ściągana lina itp.). Zgodziłem się na strategiczny odwrót (godzinę alarmową mieliśmy na bazie ustaloną na 6 rano). W dół było szybciej - Jasiek i Gosia poręczowali, ja z Andrzejkiem ściągaliśmy liny. Można być dumnym z tak sprawnie działającego zespołu. Przy Beczce niewielkie problemy miała Gosia, która jako jedyna czuła się zmęczona po niedawno przebytej chorobie, ale z pomocą przyszli jej Agnieszka, która posłużyła jako stopień lub mostek, Damian, który Gosię przechwytywał i Jasiek, który pewnie modlił się, żeby to całe towarzystwo nie zwaliło się razem do wody...

Na biwaku zjedliśmy jeszcze dwie ciepłe zupki, spakowaliśmy się i ruszyliśmy żwawo do wyjścia.

Pod jaskinią, popijając po udanej akcji piwo zrobiliśmy sobie sentymentalne zdjęcie w świetle lamp acetylenowych i po przebraniu ruszyliśmy w stronę bazy. Dopiero teraz zmęczenie dawało o sobie znać i monotonna, ciemna Dolina Kościeliska dłużyła się niemiłosiernie. Na szczęście baza nie była daleko od jej wylotu i z radością po chwili powitaliśmy upragniony budynek.

W naszym pokoju jeszcze długo siedzieliśmy i rozmawialiśmy popijając czekające na nas alkohole...

Jakub Dębski
Speloklub Dąbrowa Górnicza
23.11.2001