Grań Tatr Zachodnich na raty, czyli ciąg dalszy nastąpi...

Od kilku lat pod koniec tatrzańskiej zimy w gronie kilku "czynnych weteranów w wieku himalajskim" pokonujemy odcinki polskiej części grani Tatr Zachodnich. Motorem przedsięwzięcia są niezastąpieni Zosia i Alek Chruścielowie oraz ich brat-szwagier Jarek Gutek. Celem nie jest wyśrubowany czasowo wynik, ale raczej spędzenie miłego weekendu na ski-tourach, z zimowym biwakiem na grani.

Przedsięwzięcie, liczone początkowo na jeden, no, góra dwa biwaki, zajęło nam do tej pory trzy coroczne wyjazdy, a będzie (miejmy nadzieję) co najmniej jeszcze jeden.

Zaczęło się w marcu 1997 roku. Spotkaliśmy się w okolicach Kuźnic: Zosia i Alek Chruścielowie (widok Zosi Rower skomentował: "o, jest Zosia, będą jaja"), Jarek Gutek, Jacek Wachowicz, Włodek Matejuk-Rower i Włodek Porębski. Plan przewidywał poranny wyjazd kolejką na Kasprowy Wierch, polskie realia zweryfikowały go do podejścia piechotą do dolnej stacji na Goryczkowej Rówieni, gdzie po herbatce udało się "wykrzesełkować" na Kasprowy Wierch. Po zjeździe na Przełęcz Goryczkową nad Zakosy okazało się że Zosia zostawiła w bufecie na Goryczkowej foki, po które wróciła w towarzystwie swojego świętego małżonka. Czas oczekiwania na ich powrót spędziliśmy w jamie śnieżnej przy herbatce z rumem (ze wskazaniem na rum). A potem już jakoś tak poszło: Rower spadł kilkadziesiąt metrów do Doliny świńskiej(jest żywotny więc tylko trochę się potłukł), spod moich nart oderwał się nawis wielkości Jumbo-Jet'a, potem kilka desek śnieżnych (wtedy szczęśliwie miałem raki na nogach), była mgła, śnieżyca, zjazdy na linie z trawek i kosówki itp., itd... W ogóle trafiliśmy na fatalne warunki śniegowe i pogodowe - tuż po i w trakcie ogromnych opadów. I pomyśleć, że szliśmy prawie po szlaku turystycznym... Kiedy przed zmrokiem dotarliśmy przemoczeni, zziębnięci i przestraszeni do Suchego Kondrackiego decyzja była jednomyślna - zjeżdżamy do Doliny Kondratowej, a następnie do Kuźnic ( podczas zjazdu ciągle zwidywały mi się lawinki ucinane nartami). Po szczęśliwym ocaleniu długo w noc walczyliśmy z Krupówkami...

Rok później było zupełnie inaczej - słońce, trawka, pełnia księżyca - bardziej zagrażało nam odwodnienie i poparzenie, niż zamarznięcie. No i zaczęliśmy z drugiej strony.

Ale po kolei: Spotkaliśmy się w Zakopanem w składzie: Zosia i Alek Chruścielowie, Jarek Gutek, Andrzej Pajda, Waldek Wowro i Włodek Porębski. Do wylotu Chochołowskiej dojechaliśmy busem, a następnie do schroniska na Wyżniej Polanie Chochołowskiej ... na rowerach (nasze narty i ciężkie plecaki z fantazją jechały dorożką). Po kilku piwkach (upał) podeszliśmy na Przełęcz Bobrowiecką i dalej na Grzesia, gdzie spotkaliśmy upragniony śnieg ( w końcu wyrypa była na ski-tourach). Do Wołowca towarzyszył nam Prymula czyli Jurek Ganszer. Po wielu godzinach mordęgi w upale, już po zmroku, dotarliśmy na wspaniałe miejsce biwakowe ( w ogóle, to trzeba przyznać, że gdyby nie słuszna determinacja Alka i Jarka, biwak wypadłby dużo wcześniej i w dużo gorszym miejscu, a nam przejście grani zajęłoby jeszcze wiele lat - Oni po prostu poszli do przodu nie dając nam szans na inne rozwiązanie). We wspaniałej rozpadlinie graniowej pod Starorobociańskim Wierchem, rozbiliśmy dwa namioty, no i zaczęło się: gotowanko, jedzonko, nocne Polaków rozmowy... no właśnie, szczególnie Waldek cokolwiek nadużył, co miało swój ciąg dalszy w nocy, a konsekwencje następnego dnia - również upalnego. Po porannym podejściu na Starorobociański i zjeździe na plateau za Raczkową Przełęczą (niesforna Zosia poszła jeszcze na Błyszcz), cień Waldka snujący się pomiędzy nami (a właściwie za nami) ułatwił nam decyzję - zjeżdżamy Pyszną !!! Cóż to był za zjazd!!! Wiosenny firn, szerokie średnio-strome zbocza i ... filance na dole. Ale co tam - dałbym jeszcze nie jedną dychę za taki zjazd (choć z powodu specyficznych umiejętności narciarskich nie przepadam za zjazdami). Już zjeżdżając zapragnąłem wrócić do Pysznej - to naprawdę magiczne miejsce.

A potem piwka (nadal upał) w schronisku na Hali Ornak i powolna droga do Kir.

Ponieważ marzenia, o ile są realne, spełniają się, po roku znów byliśmy w Pysznej, choć wbrew pierwotnym planom...Tym razem zaczęliśmy sprawdzonym wariantem - bus do Chochołowskiej i rowery do wylotu Starej Roboty. żeby za łatwo nie poszło, grupa w składzie Zosia (jak to mówił kiedyś Rower - "jest Zosia, będą jaja...") i Alek Chruścielowie, Andrzej Pajda i Waldek Wowro, zagadawszy się na zawiłe tematy związane ze sposobem zdobycia forsy na bazę tatrzańską dla grotołazów, zamiast na Siwą Przełęcz, wyszła na szczyt Ornaku żlebem Baniste. Pozostała czwórka (Jarek Gutek, Michał Przystał, Adam Mrozek, i Włodek Porębski, zyskany nieoczekiwanie czas, poświęciła rzeczom ogólnie znanym i lubianym. Po spotkaniu wszystkich, ktoś rzucił pomysł strawersowania kotła Pysznej aż do Przełęczy Pyszniańskiej. To był dobry pomysł ! Znów piękny stromy firn, słoneczko, i...nie było filanców (za wysoko). Michał wziął kamerę, mamy więc film. Tak czy siak, zamiast do Przełęczy Tomanowej, wieczorem dotarliśmy tylko do Hlińskiej, gdzie biwak znów był komfortowy (rozpadlina grzbietowa). A ponieważ Waldek niedawno został ojcem, wznosiliśmy toasty za zdrowie malutkiego Mateusza. Poranek przyniósł pogorszenie pogody, śnieg, mgłę i trudności orientacyjne. Tym niemniej po przejaśnieniu cało i zdrowo "dotourowaliśmy" na Tomanową Przełęcz, a następnie do schroniska na Hali Ornak, krzyżując się ze śladami świeżo zbudzonego niedźwiadka. W schronisku znów powtórzyliśmy zeszłoroczny wariant... i do domu.

Nie wiadomo ile lat zajmie nam skompletowanie całej grani - oby jak najdłużej (w tym sezonie, na 15-16 kwietnia, zaplanowaliśmy iż znów zaczniemy od wschodu), a jeśli już ją skompletujemy, to są przecież inne granie, inne góry. Bo: "nie chodzi o to by złapać Króliczka, ale by gonić go..."

Włodzimierz Porębski