Mont Blanc 2003
Trzeba szczęścia do pogody, około tysiąca złotych od łba i zgranej ekipy, której zdarzało się chodzić zimą po górach. Trzeba mieć raki, czekan, linę do lotnej asekuracji, ciemne okulary i krem z silnym filtrem UV. Trzeba rozsądnie przeprowadzonej, kilkudniowej aklimatyzacji. Poza tym to co zwykle. Tylko tyle, żeby wejść na dach Europy Zachodniej i zejść z niego (a nie na nim)...
Uzbrojeni w tę wiedzę, dwoma autami przemierzyliśmy usypiające autostrady Niemiec i rozległe tunele Szwajcarii. Zanim mi się zdążyła dupa poskarżyć na nadmiar siedzenia - już odpoczywaliśmy na serpentynach alpejskich wpatrzeni w dolinę Martigny i postrzępiony horyzont. My, czyli SDG-owcy: Łajdak, Agnieszka, Damian i ja, oraz trójka na gościnnych występach: Alaska, Lucjan i Roku. Mimo niewyspania każdy już głodny był widoku czterotysięczników, każdy już łapczywie szukał wzrokiem wiecznych lodów w środku lata. No to się pokazały. Już po francuskiej stronie, podczas zjazdu do Chamonix. Musieliśmy z Damianem przywoływać Roka do porządku, bo gotów był z wrażenia skrócić kilka zakrętów. Z prawej skaliste mury Auguilles Rouges, niby "takie Tatry", tylko jakby nieco bardziej strzeliste, a zaraz potem po lewej Verte, lodowiec Argentiere, Mer De Glace..., niewiarygodnie postrzępione iglice (jeśli my mamy jednego Mnicha, to oni nad samym Chamonix całe opactwo...), Midi, seraki Bossons, no i to najwyższe, to białe... Blanc! Jak dzieci pierwszy raz puszczone na kolonie górskie zachłystywaliśmy się tym szalenstwem skalno - śnieżno - lodowym, które nam kazało głowy zadzierać znacznie wyżej niż w Tatrach...
A potem przyszły pierwsze oswojenia - miejsc i (znacznie trudniejsze) cen. Piwa Francuzi nie piją zbyt często, to i browary w większości mają podłe. Latwo więc rozpoznać w nas było Polaków już od pierwszego wejrzenia: oto na ławce przy pomniku pierwszych zdobywców Białej Góry siedzimy jak jeden mąż: w lewych rękach dzierżąc browce, w prawych bagietki i błędnym wzrokiem wodząc tam, gdzie wskazuje kamienny palec Jaquesa Balmata. Wejdziemy? Za ile dni? Nieważne - ważne, że jak już zejdziemy, siądziemy na tej samej ławeczce z tym samym piwkiem - ale już jako Zdobywcy...
Szamoniowo dało nam parę godzin na przyjrzenie się Górze, a potem zasnuło się na sino i rozgrzmiało - dzięki czemu przekonaliśmy się, że prognozy pogody dostępne w informacji turystycznej nie są wyssane z palca. W tropikalnej ulewie zwialiśmy na camping do Les Houches (zwanego później Huszowem), tuż pod stację kolejki, która pozwala ominąć pierwszy żmudny dzien podejścia. Alaska i Lucjan jako frakcja rewolucyjna nie zamierzali niczego omijać i postanowili podchodzić od samego dołu - reszta ekipy uznała za stosowne pierwszy dzien słonca poświęcić aklimatyzacji i próbie sprzętu lodowego na Mer de Glace. Owóż, wyszliśmy nazajutrz w upale na punkt widokowy Chapeau i zobaczyliśmy, że do czoła lodowca jest jeszcze spory kawałek nie bardzo wiadomo którędy wiodącej drogi. Ale dotrzeć do zieleniejących w oddali jeziorek lodowcowych się uparliśmy. Roku wypatrzył za barierką serię kopczyków, tedy schodziliśmy coraz bardziej stromiejącym terenem, aż do ostatniego z kopczyków... zawieszonego nad skrajem pięćdziesięciometrowej przepaści. W dole kanion głęboko wyżłobiony przez potok z Morza Lodu, a przy nas ringi zjazdowe. Taki psikus dla nie wyposażonych amatorów dzikości. Linę mieliśmy wysłużoną i krótką, toteż Damian musiał zjeżdżać po ostrej diagonali, żeby nie wyjechać ze sznurka i nie roztrzaskać się o gigantyczne wanty w dole. Udało się, niedługo wszyscy byliśmy na dole, słonce oślepiająco odbijało się od białych otoczaków, ekipa rozleniwiona zarządziła obiadek i... niewiele brakowało, byśmy mieli na sumieniu co najmniej jedną duszę. Ku naszemu przerażeniu na górze przymierzał się już do z e j ś c i a po naszej linie przywódca rodzinnego stadka zabłąkanych turystów. Wiele nas kosztowało trudu wytłumaczyć mu, że "it’s not good idea", bo zaraz mu zadyndają nogi nad luftem i nie zdąży się pożegnać z żoną i dziećmi sterczącymi powyżej. Wrzaski i pokazywanie uprzęży dały w koncu efekt, klient zrozumiał widać, że szlak się już skonczył znacznie wcześniej, a lina nie łancuch... A ja wtedy przestałem się dziwić, dlaczego śmigłowce ratownicze fruwają w masywie Mont Blanc w te i we w te...
Doszliśmy do czoła Mer De Glace i dalej, w dużej kruszyźnie, eksponowanym żlebem na olbrzymie zwalisko głazów wielkości domków jednorodzinnych, zaklinowanych o siebie na słowo honoru. Doświadczenia jaskiniowe kazały w to słowo uwierzyć, niebawem dotarliśmy do ściany lodowca i pierwsza przymiarka raków wypadła pomyślnie. Tylko, że na górze morze lodu okazało się raczej Morzem —wiru, a po kolejnej pół godzinie marszu (raki bezużyteczne) zauważyliśmy, że tam, gdzieśmy cały dzien podchodzili, turyści wjeżdżają kolejką.
Z czystym sumieniem zdecydowaliśmy wiec nazajutrz wyjechać najwyżej jak się da kolejką, a potem Tramwajem Mont Blanc. Podejście na Górę zaczęliśmy więc od poziomu 2372, z koncowego przystanku na Nid d’Aigle. Zaczęło się tatrzansko i tłumnie, a ja naiwnie powiadałem sobie w duchu, że jeszcze kilometr, może półtorej kilometra pionu i tłum się przerzedzi... Po pierwszym podejściu, na wysokości remontowanego Baraque forestiere spotkaliśmy rodzinkę kozic, na tyle przyzwyczajonych do ludzi, że dawały się fotografować z najbliższej odległości. Podejście pod Tete Rousse męczące i irytujące, bo ścieżka coraz węższa, a tłumek dwustronny, nie rzednący... Im bliżej 3000 npm, tym bardziej przekonywałem się do przydatności cienkiego wnętrza jaskiniowego jako idealnego stroju na takie warunki. Wystarczyła mała chmura przysłaniająca słonce i z lata robiła się temperatura późnojesienna... Cupnęliśmy na obiadek z widokiem na pola śnieżne pod schroniskiem Tete Rousse - bo większości z nas właśnie pierwszy raz w życiu trzepnęła "trójka" (tylko Roku przekroczył tę wysokość baraszkując rok wstecz po górach Tajwanu... Opowiadał, że trzeba tam uważać na goryle co rusz przebiegające ścieżkę, a ja wysnułem nową teorię na temat Yeti...). Kiedyśmy wyskrobywali z kubków resztki jumjumów, mijał nas "po cepersku" objuczony turysta - Roku ucieszył się na głos, że "wreszcie jakiś prawdziwy frajer", a chłopak z marsową miną zagadał "Jesteście z Polski?" A potem wytłumaczył swój nastrój: "Wróciłem spod Wielkiego Kuluara... Ja mam jeszcze parę rzeczy w życiu do zrobienia...". Dramat wyjaśnił się nieco wyżej, kiedy Lajdak i Agnieszka spotkali kolejnych Polaków schodzących spod —lebu Spadających Kamieni. "Wczoraj zauważyłem przy ścieżce duży wór..., zajrzałem... zwłoki... zmasakrowane... przygotowane do podpięcia pod śmigło..." Okazało się, że w ciągu dwóch dni trawers Wielkiego Kuluaru Auguille De Gouter zabrał kilka istnien. Powiało grozą, każdy odruchowo sięgnął po kask. A żleb był już przed nami. W upalne dni kamienie odklejają się od lodu osiemset metrów wyżej i rozpędzają w żlebie do zabójczych prędkości... Nie trzeba od razu trafić na "telewizor", wystarczy bombka choinkowa, żeby polecieć z dziurą w głowie kolejne setki metrów. Stanęliśmy przed trawersem odliczając średni odstęp między "strzałami" - był niepokojąco mały... Tegoroczne lato w Alpach jest wyjątkowo upalne, na Matterhornie lawiny kamienne w ogóle uniemożliwiają wchodzenie na szczyt... Nad żlebem jest rozpięta lina stalowa na wysokości... trzech metrów - oczywiście wpinka do niej jest czystą abstrakcją... —leb trzeba po prostu jak najszybciej przebiec licząc na łut szczęścia i uważając, żeby się nie potknąć o własne nogi. Pierwszy poleciał Damian, zaraz za nim Roku i z typowym dla siebie humorem zaczął nas nawoływać z drugiej strony "No co jest? Nie ma na co czekać! Na kogo padnie na tego bęc!". Na nas nie padło... Z radości popierdywaliśmy na przemian z Rokiem przez całą ferratę Goutera, aż po schronisko zawieszone kilkaset metrów wyżej. Mając po lewej przeklęty żleb w całej okazałości mogliśmy się naocznie przekonać, co czeka pechowców; co kilkanaście minut od samej góry niesie się podawany przez kolejne zespoły wrzask i próbuje prześcignąć lawinę kamienną, by zdążyć ostrzec nieszczęśników na trawersie...
Zachodnia ściana Auguille De Gouter, którą wiedzie droga na szczyt, to pierwsze miejsce, w którym zobaczyliśmy ofiary niedostatecznej aklimatyzacji. Różnica temp starych wyg alpejskich, podbiegających w górę w zawrotnym tempie, i dogorywających na stalówkach żywych trupów, przygwożdżonych wielokilogramowymi plecakami i mamroczących coś o zawrotach głowy jest naprawdę zdumiewająca. Schronisko jest przyklejone do ściany na wysokości 3800, na granicy skał i wiecznych lodów. Weszliśmy w przyzwoitej kondycji, mijając schron z jego chorymi cenami po 50 euro za pryczę, ale nie odmawiając sobie po małym heinekenie za 5 Euro (to mógł być pierwszy objaw choroby wysokościowej). A nad schroniskiem cud landszafcik - najpiękniejsze "pole namiotowe" mojego życia, dziesiątki tropików okopanych w śniegu wzdłuż niezbyt szerokiej grani Gouter, w dole morze chmur, a nad tym wszystkim czerwieniejące słonko... Jakaś życzliwa ręka podrzuciła nam łopatę i - głównie rękami Damiana - wykopaliśmy swój śnieżny grajdołek, po to, by w trzyosobowym namiocie poukładać się w piątkę "na sardynki". Spotkaliśmy też Lucjana z Alaską, którzy chwalili sobie aklimatyzacyjne podejście i dawno już rozbici, kładli się do snu. Zgodnie z instrukcjami - tuż po dobranocce. Bo pierwsze ekipy na szczyt wyruszają już o północy, zaś najpóźniejsze - około czwartej rano. Wszystko po to, by w kluczowych trudnościach podchodzić po zmrożonym na beton śniegu, a nie zapadać się w rozmiękłej brei.
Nie zmrużyłem oka przez całą noc (jednak wysokościówka dała znać o sobie) i zacząłem wyganiać wszystkich z namiotu około drugiej. Tym bardziej, że zaczęło mnie dręczyć coś, co początkowo miałem za objaw zatrucia niedogotowaną wodą gdzieś ze śniegów Tete Rousse, a co później okazało się być reakcją układu pokarmowego na zbyt szybki wzrost wysokości. Zatrucie na czterech tysiącach nie należy do przyjemności, ani niestety do rzadkości - im bliżej szczytu, tym częściej widzieliśmy na śniegu zamarznięte pawie. Gorzej, kiedy człowiekowi niestrawność nie ciśnie się na usta, ale... ku dołowi.
Owóż, zebraliśmy się już dość sfatygowani namiastką odpoczynku i na lekko, powiązani liną, wychynęliśmy za śnieżną gran. A tam, na zboczach Dome De Gouter, na wczesne dzien dobry niebywały, acz sławetny widok: świetlne zakosy ciągnące się ku górze - setki alpinistów drepczących gęsiego i zaznaczających się punkcikami czołówek... Znaleźliśmy swoje miejsce w tym wężu ludzkim i jęliśmy dreptać jak lemingi, bacząc na stopy poprzednika, żeby w niego nie wrąbać, zatrzymując się zrazu rzadko, potem częściej, wreszcie co kilka kroków... Owit zastał nas na przełęczy pod Dome De Gouter, już powyżej 4000m., z widokiem na Schron Vallota i kopułę Mont Blanc. Wciąż daleką, bardzo daleką... A w zespole zaczęły się już poważne utarczki odnośnie tempa wędrówki. Jako prowadzącemu, obrywało mi się najwięcej, uznałem więc, że najlepiej będzie wysłużonego rzęcha pociąć przy Vallocie i podzielić nasz "Tramwaj de Mont Blanc" na podzespoły. Takoż po szybkiej zupce na 4.500 i wymianie grymasów na widok wienca gówien okalającego słynny schron (jeszcze wtedy dziwiłem się, jak można tak świnić, kiedy wewnątrz jest wcale wygodny sraczyk...) wyruszyliśmy w górę. Ja z Damianem jako "ci szybsi", Roku z Lajdakiem i Agnieszką jako "ci stateczniejsi". Tu dopiero gran się zwęża, ścieżka wydeptana jest tuż przy przepaści, czasem zachodzi niebezpiecznie na wielkie nawisy śnieżne, czasem wiedzie przez głębokie szczeliny - a do tego wszystkiego tradycyjny w tym miejscu wicher, wbijający lodowate igiełki w twarz i bezlitośnie smagający dwudziestostopniowym mrozem każdą nie osłoniętą część twarzy (głównie najbardziej narażone nosy). Czekan, rak, rak, czekan, rak, rak, w tym tempie, krok po kroku leźliśmy w górę, zatrzymując się po to, by przepuścić wracające z naprzeciwka ekipy (na Blanca wchodzi dziennie więcej osób niż na Owinicę). Coraz częściej czułem szarpnięcia liny - Damian "po Bożemu" przeżywał kolejne kryzysy wysokościowe. "Ja tam nie wejdę" - to na grani przed wierzchołkiem Monte Bianco najczęściej wypowiadane zdanie we wszystkich językach świata. Ale weszliśmy. Szczęśliwie, bo łapiąc się na ostatnie w tym dniu pięć minut słonca. Chmury na moment, chyba dla kaprysu opadły kilometr w dół, mogliśmy więc udokumentować swoje wejście na tle bezkresnej panoramy gór zarówno po włoskiej, jak i francuskiej stronie. Okazało się że tuż przed nami na szczycie stanęła Alaska z Lucjanem i mimowolnie staliśmy się świadkami oświadczyn na dachu Europy. Chmury zaczęły się ponownie piąć w górę, trzeba było spieprzać, tym bardziej, że dowlekliśmy się na szczyt jako maruderzy tego dnia, a nie wiedzieliśmy, co z drugim zespołem "porzuconym" przy Vallocie. Roka spotkaliśmy tuż pod wierzchołkiem, jak popylał wąską granką na żywca. Wypiął się Lajdakom, bo po odcierpieniu obowiązkowej zadyszki włączył mu się piąty bieg. Przeskakiwał szczeliny w miejscach, gdzie Francuzi zakładali śruby lodowe do asekuracji... Lajdaki też wlazły na górę, choć Lukasz w pewnym momencie dostał ataku szału i z furią wytłukł czekanem w lodzie sporą dziurę, nie mogąc się doczekać szczytu "tej p... góry". A mnie, jak zwykle na opak, złapała choroba na zejściu. Do Vallota dotoczyłem się o resztkach sił, umierając co kilka metrów tak ekspresyjnie, że Damian zaczął mnie podejrzewać o jakiś nieznany rodzaj obłędu górskiego. Już wiedziałem, czemu Vallot jest najbardziej zasranym schroniskiem Europy. Nie wszyscy zdążyli wbiec w rakach po drabinie, żeby dostać się do kibla i ulżyć sobie "na Małysza". Mnie zresztą niewiele by ulżyło, gdyby nie pomoc napotkanych Czechów szczęśliwie mających na podorędziu tabletki "utwardzające". Im dalej w dół, tym powinno być lepiej, ale tak naprawdę wszyscy odżyliśmy dopiero poniżej 3.000. Trzeba się było ewakuować, bo szło załamanie pogody, a wtedy schodzilibyśmy rzeczonym kuluarem w śnieżycy... I tym razem uniknąwszy bęcki kamiennej, w Tete Rousse dowiedzieliśmy się, że ostatni tramwaj nam ucieknie za godzinę - i zbiegliśmy w tę godzinę aż do Nid d’Aigle na 2300 dosłownie wskakując do ruszającego wagonu... Ci sami, którzy jeszcze parę godzin wstecz i paręsetmetrów wyżej z trudem odrywali nogi od ziemi...
No i było piwko na ławce w Szamoniowie, i była jakaś taka miła satysfakcyjka...
A potem już tylko zabijanie czasu na nizinach... A to w ciepłych jeziorach Salanches z toplessami na tle czterotysięczników... A to pod Cascade L‘Arpenaz, która ciurkiem spływa w kilkudziesięciometrową przepaść, by rozproszyć się po drodze w deszczową mgiełkę, a potem odpowiednio nagrzana rąbie wodospadem do kąpielowego marmitu... A to na polance w dolinie Flaine, którą wzięliśmy za odludną i śniliśmy koszmary o niedźwiedziach, by rano obudzić się dosłownie pośrodku zawodów motocrossowych... A to na lapiazie powyżej, spękanym jakby las wapiennych seraków, ostrych jak brzytwy... A to na lśniąco białym lodowcu Bossons, który strawersowaliśmy w celach fotograficznych...
Fajnie było, no...
Voyteque Qczoque