Zimowa wspinaczka

Tegoroczną (a w zasadzie zeszłoroczną) przerwę świąteczną postanowiłem wykorzystać nie jak dotychczas (działalność jaskiniowa), ale wspinaczkowo. Do końca nie było pewności co z tego wyjdzie, ponieważ w niektórych rejonach śniegu było jak na lekarstwo, co mocno zmieniało charakter dróg. Dodatkowo ograniczał nas fakt, że bazę wypadową mieliśmy w centrum miasta i cioranie się na jeden dzień np. do Gąsienicowej + wspin + powrót pochłaniał dużo sił oraz cennego czasu (a zimą dzień krótki...). Z pewnego względu nie mogliśmy inaczej. Ale co się rozchodziliśmy to nasze!
Ostatecznie działaliśmy w zespole dwójkowym, tzn. ja i Wojtek Sosnal (KW Zakopane).

Na pierwszy ogień poszedł Skrajny Granat – środkowe żebro. I niby wszytko łatwe i przyjemne – takie na rozkręcenie – a jednak, chyba na 2 wyciągi do końca okazało się, że na płytach zamiast śniegu czy lodu jest taka cieniutka polewka lodowa. Raka ani dziaby się w to wbić nie dało, klasycznie bez raczywa też nieciekawie. Więc zaczęło się wariantowanie (a może po lewej?... może jednak z prawej?), by ostatecznie zakończyć „przed czasem” nocnymi zjazdami w dół. Jeszcze tylko przez jeziorko do Murowańca, krótki odpoczynek (jakaś parka poczęstowała nas wiśniówką) i dalej do miasta.

Na kolejny cel obraliśmy kawałek grani od Świnnicy (północno-zachodni wierzchołek) do Zawratu. A że czasem trzeba poszaleć i z uwagi na krótki dzień, do góry pomknęliśmy wagonikiem. Takim nowym, pachnącym, niestety aż na 60 osób (stary był o połowę mniejszy), więc latem będzie na górze krótko mówiąc masakra. Tymczasem znowu powtórka z rozrywki: na początku jak po maśle a potem z uwagi na małe ilości śniegu coraz wolniej i trudniej, przy czym prawie cały czas musieliśmy poruszać się ściśle granią. To nas totalnie spowolniło i kolejny raz do Murowańca maszerowaliśmy po zmroku. Dalej już standardowym trybem do domu. Acha, wcześniej była jeszcze próba zostania w schronie na noc, ale zakończona niepowodzeniem.

W końcu poszliśmy po rozum do głowy i udaliśmy się w Zachodnie, zakładając że przy małym śniegu fajnie będzie coś zrobić w trawkach. Coś takiego lekkiego jak Żleb Szczerby na płn. ścianie Giewontu. Jednak w górnej części drogi odbiliśmy nieco w prawo i docelowo wyszliśmy dosłownie 10m od szczytu. A podsumowując całą drogę: to było to czego potrzebowaliśmy! Na początku piękna pogoda, betony, 2 wyciągi prawie czystej skały (na tzw. blachach), później totalny mikst, następnie pola śnieżne, trawki i znowu skały. Niczego nie brakowało. I gdy już byliśmy tym wszystkim nasyceni, przyszła dupówka. Na szczyt wyszliśmy w totalnej mgle. I nagle wszystko się obniżyło. Staliśmy teraz ponad chmurami, słońce grzało nam tyłki a my jak dzieci machaliśmy rękami patrząc na nasze odbicia w brokenie. Tak wspinanie można kończyć!

Ryszard Równicki