Tam i z powrotem czyli "POLARNY KRAS 2004" Subiektywny zapis Spitsbergeńskiej wyprawy "by Jacooś
Część 1: TAM.
Wyprawę wymyślił Mariusz (i chwała mu za to) na wieść że
Andrzej Kozik został kierownikiem zimowania 2004/2005 w Polskiej Stacji Badawczej
w Hornsundzie (należało to wykorzystać). Pierwsze spotkania przy piwku,
krystalizacja planów i decyzja "robimy". W założeniu dziesięcioosobowa
wyprawa dwuklubowa: Aven-SDG (gdzie znajdziemy lepszego "wroga"?). Mariusz
został kierownikiem całości, mnie zaproponował kierownictwo "górskie i
jaskiniowe". Zgodziłem się chętnie - długo się wożę na
wyprawy jako "szary uczestnik", niech teraz na mnie trochę psów powieszą.
Bieganie za sponsorami, sprzętem, załatwianie zezwoleń, dogranie transportu
- machina ruszyła00. Skład, mimo bariery finansowej, nie maleje i w końcu,
po naradzie na szczeblu kierowniczym, decyzja pomyślna dla rezerwowych
- jedziemy w dwunastkę, a ostatecznie w trzynastkę (w myśl hasła
"kto ma miękkie serce musi mieć twardą dupę" .."- duża
grupa skomplikowała nam transport i działalność, ale zmniejszyła koszty
jednostkowe).
Logistycznie to trudne przedsięwzięcie - kilka państw, prawie
sześć tysięcy kilometrów samochodami, prom, samolot, jacht, łódka,
wcześniejsze wysłanie sprzętu statkiem - byłem przekonany że to
nie zagra, a jednak zagrało... Kilka dni przed wyjazdem Maniek mówi ze musi
żonie zostawić auto. Moje w remoncie, inni tez nie mogą dać
- pożyczam Basi fieste którą dostałem jako samochód zastępczy
na czas naprawy, i możemy jechać.
Jakieś ostatnie wywiady, radio, telewizja, i w końcu 25 sierpnia bardzo
późnym wieczorem spod lokalu "Avenu" wyruszamy trzema samochodami. Polska
nocą, Litwa, Łotwa i Estonia dnia następnego - krajobraz monotonny
choć ładny - na zielono. Od Warszawy w Volvo Stanleya na każdej dziurze
zawieszenie wali o budę wydając straszne dźwięki i tak już
do końca - padła sprężyna...
Grupa "naukowa" zaczyna swoje badania - "walory smakowe piwa w zależności
od położenia geograficznego browaru" (kulminacją badań było spożywanie
norweskiego piwa w cenie wielokrotnie przewyższającej zdrowy rozsądek).
śpimy w Tallinie a rano estońskim promem "Melodia" w cztery godzinki
dostajemy się do Helsinek. Ruszamy na północ, zatrzymujemy się co
jakiś czas na zakupy materiałów badawczych, sikanie i zdjęcia.
Studiując mapę Skandynawii wpadłem na pewien pomysł, do którego z
lekkimi lub dużymi oporami udało mi się przekonać wszystkich -
nadkładając niewiele kilometrów możemy odwiedzić w Rovaniemi świętego
Mikołaja (obiecał że Boże Narodzenie przyjdzie w tym roku pełne prezentów).
A kilka kilometrów dalej przekraczamy koło podbiegunowe - pamiątkowe zdjęcia,
wzruszenie itp.
W Laponii krajobraz staje się coraz bardziej surowy - karłowate drzewa,
mchy, i miliony grzybów które wzbogacają nasz jadłospis na najbliższe
dni (ech, gdybyśmy wiedzieli jak wygląda roślinność Svalbardu,
nie mówilibyśmy o surowości klimatu Finlandii !!!). Rozśmieszają
nas egzotyczne znaki drogowe "uwaga renifery", które po chwili stają się
realne i trzeba uważać żeby nie rozjechać stada tych pięknych
rogaczy za jakimś zakrętem czy górką. Kolejny nocleg na fajnym
parkingu (ognisko, jajecznica z grzybami) i umowna granica z Norwegią.
Przed Tromso przepakowujemy sprzęt "samolotowo" (ciężkie do podręcznego,
duże i lekkie do podstawowego bagażu). Cena parkingu na lotnisku nas
podłamuje, ale - zaraz, zaraz, wszak inni też tu byli - telefony do Alka,
Andrzeja i po chwili szukamy polskiego księdza, a potem polskich sióstr
karmelitanek. Miłe są bardzo i dzięki temu nasze auta bezpiecznie
pilnowane przez siostrzyczki czekały w klasztorze na nasz powrót (o który
się modliły).
Stanley tradycyjnie choć nieskutecznie próbował przemycić na pokład
samolotu potężny nóż - 1:0 dla linii lotniczych, a za chwilę,
po faulu z ich strony, 2:0 - nie zabiorą nam do bagażu agregatu (wolna
przestrzeń ładunkową wykorzystują na transport żywności
na Spitsbergen i nie chcą aby przeszła zapachem benzyny). Przechowanie
agregatu do naszego powrotu kosztowało wyprawe 660 koron norweskich. Dobrze
że drugi generator wysłaliśmy statkiem prosto do Hornsundu (padł na
szczęście dopiero w ostatnim dniu!). Nocny lot z pięknym wschodem
słońca o 1 w nocy i lądowanie w Longyearbyen - krótki rękawek
i sandałki nie były najlepszym strojem na zimno i wiatry spitsbergeńskie
(z samolotu wysiada się prosto na płytę malutkiego lotniska). Przenosimy
rzeczy na pobliskie pole namiotowe i koczujemy do rana.
Zwiedzanie stolicy zajmuje mało czasu, bo niewiele tu ulic, a właściwie
jedna - z siedziba gubernatora, uniwersytetem, bankiem, poczta i dwoma sklepami.
Atmosferą Longyearbyen przypomina miasteczko Cicely z serialu : "Przystanek
Alaska"(w oryginale "Northern Exposure"). Ze znaku drogowego "uwaga niedźwiedzie"
już, po lapońskich reniferach, nie naśmiewamy się. Za to skrzętnie
korzystamy z najdalej na północ wysuniętej strefy wolnocłowej i ... systemu
reglamentacji alkoholu (przyjezdnym przysługuje pakiet podróżny na podstawie
biletu lotniczego, stali mieszkańcy mają żółte kartoniki które
ekspedient dziurkuje przy zakupach). Gdy z Przemkiem spokojnie pijemy whisky
na ławeczce w centrum, dostaję smsa :"wracać, kurwa, dziś wypływamy".
Jurek Różanski, właściciel i kapitan jachtu "Eltanin" otrzymał wiadomość
o naszym przybyciu i odszukał nas. Dzwonię do Andrzeja Kozika w Hornsundzie,
że dotrzemy jutro - i wieczorem małym zodiakiem okrętuje się pierwsza
ośmioosobowa grupa wypływająca na południe. Pogoda nie sprzyja - deszcz,
wiatr a więc i wysoka fala, co pierwsza odczuwa Ewa. Ja na szczęście
po zeszłorocznym rejsie patagońskim "Penguinem" jestem wytrawnym żeglarzem
polarnym, więc po krótkim przeszkoleniu ("jak zacznie piszczeć naciśnij
tutaj, a jak będziemy jechać na czołówkę z ciężarowym,
obudź mnie") doglądam autopilota i patrzę na piękne Morze
Grenlandzkie. Jurek tymczasem zasnął jak stał (tak naprawdę odpoczywa
dopiero zimą, jak niedźwiedź, a cały sezon kursuje non-stop wzdłuż
wybrzeży Svalbardu, wożąc oszołomów takich jak my).
Po dobie na morzu dopływamy do Horrnsundu - zimownicy desantowali nas z jachtu
na ląd PTS-em (pływający transporter samobieżny) - wspaniałą
amfibią z demobilu. Andrzej przygotował dla nas królewski apartament w
tzw. "banachówce" - blaszanym magazynie tuz przy brzegu morza. Jurek bez odpoczynku
zawraca do Longear po druga grupę. Jesteśmy zachwyceni nowym domem.
Analizujemy straty wyrządzone przez misie w beczkach z naszym żarciem
- na szczęście zadowoliły się mało istotnymi zupkami, olejem i
serem. Rano podpucha - piękna pogoda - inwentaryzujemy sprzęt, zwiedzamy
najbliższą okolicę (głupio chodzi się z bronią gotową
do strzału u pasa - no ale takie są zalecenia bardziej doświadczonych
polarników). Na przylądku Wilczka chwila zadumy i ukradkowe łzy przy tablicy
poświęconej Adasiowi Kieresowi - przyjacielowi zaginionemu na Spitsbergenie
w Wielką Sobotę (ciała nie odnaleziono - jedynie nikłe ślady przypuszczalnego
obozowiska po odłączeniu się Adama od grupy).
Następny dzień - ku zdumieniu mieszkańców stacji - również
piękny. Dzielimy się na dwie grupy. Jedna idzie na lodowiec Hansa
pomóc w badaniach geodezyjnych (wrócili zachwyceni - dla wielu było to pierwsze
spotkanie z lodowcem). Andrzej, Przemek, Rysiu i ja ubieramy ciężkie
pomarańczowe Helly-Hanseny (da się w nich wytrzymać jakiś
czas w wodzie arktycznej) i płyniemy łodzią pod masyw Gnal. Silnik gaśnie
co chwilę, ale zawsze udaje się go odpalić ponownie.
Gnal opada do fiordu wspaniała ścianą (podobną do tatrzańskiej
Wielkiej Turni) zamieszkałą przez miliony ptaków (głównie mew trójpalczastych).
Wypatrujemy otworów potencjalnych jaskiń, do jednego udaje nam się
dotrzeć- to kilkumetrowa nyża-schronisko zamknięta lustrem tektonicznym.
Schodząc z otworu obsunąłem się kilka metrów z kruchymi chwytami
- na szczęście kamienie minęły Przemka stojącego poniżej,
a ja odzyskuje równowagę. Niestety, o czym przekonałem się trochę
później, w jaskini straciłem bezpowrotnie zegarek - i tak pierwsza jaskinia
wyprawy nazywa się Zegarowa (choć nazwa Ptasia byłaby na pewno właściwsza),
a ja od tej pory zanudzałem wszystkich prostym pytaniem: która godzina? Wieczorem
przypływa "Eltanin" z reszta wyprawy - zbiegło się to z imprezką w
stacji - miło było chłodzić drinki lodem pamiętającym czasy bitwy
pod Grunwaldem. Pogoda skończyła się definitywnie a przed nami jeszcze
daleka droga - jutro wypływamy do Stormbukty.
Pakujemy beczki ze sprzętem i żywnością na "Eltanina" i o
bladym świcie wyruszamy. Płynie z nami tez Andrzej, co nas bardzo cieszy.
Jacht zapakowany nami i naszymi rzeczami dzielnie płynie pod wiatr. Im bliżej
Stormbukty, tym fala większa a prędkość mniejsza...Morze rozszalało
się na dobre, i w końcu jedyna słuszna decyzja - nie tym razem, nie
ma szans na desant w takich warunkach. Wracamy do stacji i pełni sprężu
(ping-pong, wódeczka) czekamy na poprawę warunków. Wreszcie są - płyniemy
znów. Po wielu godzinach, niedaleko Stormukty, prędkość pod prąd
i wiatr osiąga na pełnej mocy silników "zawrotne" 0,7 węzła, a "Eltanin"
co chwila schodzi z kursu broniąc się przed dalsza drogą. Nagle
Maniek podnosi alarm - potężne fale zmywają ładunek z pokładu.
Aby go umocować, obracamy jacht tyłem do wiatru i fali - prędkość
na jałowym biegu wzrosła do 8 węzłów i tak w ciągu 10 minut tracimy
dwugodzinny urobek. Znów musimy się poddać, tym razem o całą milę
morska dalej niż poprzednio (potem, na spokojnie, w mądrej książce
marynarskiej o wybrzeżu Spitsbergenu wyczytałem że rejon ten jest
nieprzyjazny dla jednostek pływających ze względu na liczne szkiery,
silny prąd i wsteczny wiatr z lodowca Olsok). Tak więc nie udało nam
się pierwsze w historii lądowanie w Stormbukcie. Ale nie załamujemy
się - nie wracamy do bazy tylko płyniemy do Gashamny - rankiem wyładowujemy
siebie i sprzęt i bierzemy w posiadanie hus (malutki domek traperski)
w "Konstantinowce" - miejscu ulubionym dawniej przez wielorybników. Rozbijamy
kilka namiotów i otaczamy je płotami antyniedźwiedziowymi. Krótkie "dzięki,
cześć - przypłyń po nas 17 września" do Jurka i zostajemy
sami na obcej ziemi. Kilka osób poszło oglądać ładne klifowe wybrzeże,
Darek rozłożył swoja radiostację a ja siekierą i gwoździami
umacniam namiot bazowy. Następnego dnia wychodzą trzy grupy rekonesansowe
- Ewa, Maniek, Grzegorz i Andrzej na lodowiec Gas; Aneta, Sebo, Przemek, Rafek,
Stanley, Paweł i Rysiu wzdłuż wybrzeża, a ja z Darkiem zbadać
drogę na Tsjebysjov’a (ewentualny rejon rezerwowy). Wszyscy oczarowani
przyrodą - surowa, zimną, skalną krainą, poza mchami i porostami
bez jakiejkolwiek roślinności. Wieczorem w bazie zaskoczenie - Andrzej
pozostał na przełęczy Russepasset i czeka na nasze przybycie jutro. Nie
ma sprzętu biwakowego ani swoich rzeczy. Pożyczył od Mańka kurtkę
i polara. Wściekam się i przeklinam, że wymusił na nas decyzje
o wyjściu, że będzie miał ciężki biwak bez sprzętu
i że to osłabi jego siły na dalszą drogę. Maniek oponuje i go
usprawiedliwia a nawet gloryfikuje jego decyzję. Tłumaczy, że Andrzej
bał się iż drugi raz by nie dał rady, a bardzo mu zależy na dotarciu
w rejon Hilmarfjellet. Na koniec używa argumentu, że wieczór jest
ciepły a my i tak mieliśmy rano iść. Ja na to: - a jak w nocy
spadnie śnieg??? Maniek popukał się znacząco w czoło i wzruszył
ramionami. Sebo, Kamil i Rysiu postanawiają spontanicznie od razu wyjść
z rzeczami Andrzeja i sprzętem biwakowym do niego. Podoba mi się to
więc wyrażam zgodę. Pobiegli, ale oczywiście w pośpiechu
nie wzięli śpiwora i...zapałek (dopiero dotarcie naszej grupy pozwoliło
im zjeść ciepły posiłek - następnego dnia).
Rano budzi mnie zadziwiająca cisza. Otwieram namiot i oczom nie wierzę
- wokół biało !!! No, pięknie, pierwszy nieśmiały atak zimy mamy za
sobą, a Maniek patrzy na mnie jak na proroka (wczoraj dałby sobie rękę
uciąć że to niemożliwe). Pakujemy plecaki (cholera, dużo
tego) i w drogę. Na bazie, dla naszego bezpieczeństwa, pozostają
"starcy, kaleki i dzieci". Tym razem padło na Ewę, Darka, Grzesia i Mańka.
W czasie naszej nieobecności mają sprawdzić masyw Tsjebysjov,
utrzymywać łączność ze światem, ale przede wszystkim podtrzymywać
w nas nadzieje, że gdy nie wrócimy do wyznaczonego dnia, wezwą pomoc.
Wyruszamy.
Po przejściu 1,5 km coś mnie tknęło i pytam:
-Przemo, a wziąłeś ten śpiwór Andrzeja? Leżał na Twoim plecaku..
-Nie..
Oj, nie ma ten śpiwór szczęścia.. Łączności z "Konstantinowką"
brak, więc Przemek robi w kilkanaście minut drogę tam i z powrotem
a my czekamy robiąc zdjęcia i głupie miny. Dalsza droga do góry na
szczęście urozmaicona i ciekawa - potoki, morena boczna i lodowiec
leciutko przyprószony świeżym śniegiem. Za radą grupy Sebastiana
(złapaliśmy z nimi kontakt radiowy) trawersujemy lodowiec Gas dużo
poniżej trasy wytyczonej dzień wcześniej, ale i tak nie uchroniło
nas to przed lawirowaniem w labiryncie szczelin. My przebywamy szczęśliwie,
potem dowiadujemy się że wczoraj Rysiu załamał swoim ciężarem
mostek śnieżny i zatrzymał się dzięki dużemu plecakowi
dyndając nogami nad otchłanią - ponoć było to nawet komiczne.
Po przybyciu na Russepasset - poimy i karmimy zapominalskich (mamy zapałki!),
krótka narada, ostatnia łączność z kolegami w dole (aby ją
przeprowadzić, wspinamy się z Andrzejem kilkadziesiąt metrów na
boczny grzbiet) i w dalszą drogę w kierunku Flakdalen. Umysł nie chce
uwierzyć w to co widzą oczy: czarno - biały krajobraz jak z filmów
S-F; piarżyska miliony (!!!) razy większe niż te znane nam z Tatr,
wszystko po horyzont przypomina przemysłowe hałdy. A ponadto formy znane dobrze
z podręczników geomorfologii, tutaj są wręcz wzorcowe - gleby
poligonalne, moreny boczne, środkowe, denne, terasy, wszystkie części
klasycznych lodowców - oj, doprawdy, tutaj powinny obywać się praktyki
studentów kierunków nauk o Ziemi. Po drodze znajdujemy kilka dziewiczych studni
lodowcowych - wklepujemy ich położenie w odbiorniki gps i idziemy dalej
- nie leżą w zakresie naszych zainteresowań,. przekażemy dane
o nich innym wyprawom. Lodowiec Bunge to potężne, pocięte szczelinami
białe cielsko otoczone wysokimi ścianami górskimi. Idziemy nim i idziemy,
a kiedy w końcu późnym wieczorem osiągnęliśmy jego podnóże
(hurra, widać morze!!! trawers Sorkapp’u zaliczony !!!), rozbijamy namioty
na pierwszym kawałku wolnym od śniegu i lodu, nie bacząc że to
brudna hałda moreny czołowej..
Nogi i plecy bolą wszystkich, ale "pyszne" liofizaty i herbatka pozwalają
się zregenerować na tyle by... spokojnie położyć się spać.
Rano od śniadania racjonujemy jedzenie - tak już będzie do końca
- niestety mamy tylko tyle ile zdołaliśmy unieść. A musieliśmy
unieść sprzęt biwakowy, jaskiniowy, liny, żywność,
broń itd.
W ogóle z bronią to ciekawa sprawa. Wśród nas można zaobserwować
dwie postawy - albo całkowitego braku zainteresowania tym co strzela (to głównie
Ci co byli w wojsku), albo wręcz przeciwnie - celebrowania wszystkiego
co mamy do obrony (z wyjątkiem hałaśliwych pokrywek do garnków). Efektem
tego jest np. prawie odstrzelenie sobie stopy rakietnicą przez Rafała
czy tez przypadkowe odpalenie petard w płotach (ponoć zabezpieczonych
przed taka ewentualnością) antyniedźwiedziowych. Widowisko było
ładne i przyznam, że gdybym był niedźwiedziem, pewnie bym się
przestraszył. Broń (dubeltówka, colt, rakietnice) nosiliśmy, bo musieliśmy,
ale nikt nie chciał zrobić jakiejkolwiek krzywdy prawowitym mieszkańcom
Svalbardu. Na szczęście spotkane zwierzęta też to chyba wiedziały
- pozwoliły się fotografować i spokojnie odchodziły, nie wykazując
agresji...
Kolejny dzień marszu, już prawie po płaskim wybrzeżu, obfitował
w inne atrakcje - miękkie podłoże, przeprawy przez rzeki lodowcowe
(jak to? Vitkovski ma rzekę? Wszak miał być odwadniany podziemnie...),
wiatr i śnieżyca. Późnym popołudniem docieramy wreszcie do Stormbukty
i ze zdumieniem patrzymy na zatokę z wodą gładką jak stół, nie
mogąc uwierzyć że kilka dni temu walczyliśmy tu z ogromnymi
falami. Aneta z Rafexem wynaleźli fajną kotlinkę na biwak, tam
rozbijamy namioty i otaczamy je linami. W pobliżu zauważyliśmy
ślady niedźwiedzia, więc po naradzie wyznaczamy na noc warty -
jest nas 10 osób, nie będzie to takie uciążliwe.
No, po wielu dniach dotarliśmy wreszcie w wymarzony rejon działania. I
w myślach słowo "tam" możemy zastąpić słowem "tutaj". Swoją
drogą, wyprawy egzotyczne stawiają przed grotołazami duże wyzwania
- Papua, Patagonia czy Svalbard - wszędzie tam pierwsze dwa tygodnie wyprawy
trzeba przeznaczyć na dotarcie do celu - to nie to samo co kilkanaście
godzin podróży autostradą do jaskiń alpejskich...
Zaczynamy właściwe poszukiwania - kolejne odkrycia nas zaskakują -
potężne wywierzysko Troll, nasze małe Lampo przez które mieliśmy
się dostać w głąb masywu, wyrzuca z siebie rzekę wielkości
Dunajca, i to pod ciśnieniem. Woda jest brudno-mleczna, cuchnąca siarką
i.. ciepła (jak na warunki 77 stopnia szerokości geograficznej). Oznacza
to dla nas dwie rzeczy - po pierwsze, tędy nie wejdziemy, a więc przesuwanie
terminu wyprawy na późne lato aby wody było mniej, okazało się błędem
- wody i tak mamy nadmiar, a śnieg coraz śmielej sobie poczyna; po
drugie - wywierzysko Troll miesza w sobie wody lodowcowe (tylko z którego
lodowca? Z Vitkovskiego czy z Olsoka? - obydwa mają swoje powierzchniowe
rzeki...) z głębinowymi wodami hydrotermalnymi.
Wąwóz (podobny do "14 progów") spływa wodnymi kaskadami i ani myśli
zaczynać się jaskinią. Lejki i zapadliska kontynuują się
wąskimi szczelinami, ale czy na pewno są krasowe? Poza tym tędy
dostaniemy się co najwyżej do morza...
Jednego ranka, na mojej zmianie warty (komfortowej, od 6 rano) ze zdumieniem
zobaczyłem czarnego zwierzaka wielkości dużego psa stojącego słupka
i przypatrującego mi się (przypominał mi zresztą słupek telekomunikacyjny
jaki krajowy monopolista postawił na moim osiedlu). Gdy się zbliżyłem,
"słupek" pogalopował niczym koń kilka metrów i dalej mi się przypatrywał.
Zrobiłem kilka zdjęć zanim poszedł sobie na dobre. Obudzeni koledzy
mnie wyśmiali twierdząc że nie ma na Spitzu takich zwierząt,
Andrzej to potwierdziłł. Trochę ich zatkało, gdy pokazałem zdjęcia,
już byliśmy pewni odkrycia nowego gatunku...(w bazie, przy powiększeniach
na kompie, zwierz okazał się dużym czarnym lisem polarnym, ale i tak
zagadką pozostało, czemu się nie "przefarbował" na biało jak reszta
współplemieńców). Działaliśmy w kilku grupach. Ta pod wodzą Sebastiana
znalazła w południowych zboczach Hilmarfjelet kilka fajnych dziur do rozkopania,
nawet z szumem wody za kamieniami (na koniec odbiornik gps Seby z namiarami
otworów się zresetował w wodzie i mrozie, ale jakby co, znajdą je).
Nasza grupka (Paweł, Przemo, Rysiu, Stanley i ja-Jacooś) penetrowała stromą
ścianę północno-zachodnią - na granicy lodowca Vitkovskiego. Z
podnóża ściany widać było jak bardzo lodowiec musiał się cofnąć
w ostatnich latach - i jak bardzo zmieniła się jego hydrologia. Wspinaczka
do otworów jaskiń (a właściwie potężnych schronisk) była niebezpieczna
z powodu kruszyny i uciążliwa z powodu twardej skały - wbijanie spitów
to był wyczyn. Łatwiej było penetrować jaskinie na granicy skały i lodu
- rury lodowe wchodziły miękko i trzymały dobrze. Ale żadna ze znalezionych
jaskiń nie przebijała się w głąb masywu, poprzestając na rozmiarach
jurajskich. Na koniec męczącego dnia na lodowcu zafundowaliśmy
sobie zjazd do głębokiej studni - Stanley umiejętnie podpuszczony
("co, ja nie zjadę? dawać linę"!) zjechał pierwszy, a po jego
krzykach pełnych zachwytu wszyscy z wyjątkiem Rysia (" ja uznaję tylko
akcje powyżej 24 godzin") poszli w jego ślady. Lodowe ściany oświetlone
diodami led sprawiały bajkowe wrażenie i były bardzo fotogeniczne. Na
bazę wróciliśmy wykończeni ale zadowoleni, wieczorem.
Następnego ranka o szóstej przyszedł kataklizm. Ni z tego ni z owego zerwał
się huraganowy wiatr, który położył nasze namioty i zdemolował obozowisko.
Padał poziomy zimny deszcz - wyskoczyłem ze śpiwora aby ratować namiot
Rysia i Andrzeja (sami nie dawali rady) i po chwili byłem całkowicie przemoczony
i zmarznięty. Wiatr się wzmagał, zarządziłem ewakuację za
załom skalny, co i tak niewiele pomogło. Uporczywy deszcz przeszedł w dokuczliwą
śnieżycę. Przenieśliśmy się kilkaset metrów do wylotu
wąskiego wąwozu. Powoli, z każdą uciekającą z organizmu
kalorią, docierało do mnie, że tutaj nic więcej nie wskóramy i
trzeba uciekać. Wszak po takim załamaniu pogody kilka miesięcy wcześniej
zaginął Adam. śnieg poprzykrywał ewentualne otwory i utrudni wspinaczkę.
Przemoczeni i niewyspani niewiele zdziałamy. A przed nami prawie 30 km trudnym
terenem do najbliższego husa, dobrze byłoby tam dotrzeć wieczorem,
stamtąd co najmniej jeszcze jeden dzień marszu - czy zdążymy
zanim koledzy uruchomią akcje ratunkową? Przy misterium pakowania,
gotowania, palenia papierosów (już od kilku dni skręcanych-fabryczne
się skończyły) - wpadaliśmy w coraz głębszą hipotermie
i w końcu, z bólem w sercu, powiedziałem magiczne słowa: wracamy do Gashamny...
Skończyło się "tam", zaczęło się "z powrotem"...
c.d.n