Podsumowanie zimy cz.2
Nasz ostatni w tym sezonie wyjazd zimowy miał w założeniu przynieść coś nowego, a okazał się powtórką z rozrywki. Znowu trafiliśmy na warunki na pograniczu (wspinać się czy wracać do domu) i szybko do nas dotarło że jeżeli w ogóle coś zrobimy, to będzie to tzw. plan minimum.
W pierwszym dniu działaliśmy we dwójkę: ja i Wojtek Drewniak (KW W-wa). Na rozgrzewkę zrobiliśmy „Wesołej zabawy”. Ja co prawda juz tam byłem ale dla Wojtka był to nowy rejon więc chętnie wybrałem się tam powtórnie. W drugi dzień, już w 3-osobowym składzie (dołączył Wojtek Sosnal KW Z-ne) poszliśmy na Rysę Strzelskiego. Okazało się jednak że droga ta straciła zupełnie swój zimowy charakter bo nie było na niej grama śniegu. Lał za to niemiłosiernie deszcz z roztopów powyżej, także o wspinaniu nie było mowy. Chęci do wspinu odbierały też lawiny schodzące praktycznie z każdej strony (już na podejściu musieliśmy iść „wężykiem” żeby je wszystkie ominąć). I wtedy ktoś wpadł na pomysł: skoro już tu jesteśmy, a słońce tak pięknie świeci, to może się poopalamy? Pomysł nawet fajny, ale jak wiadomo, ciężko wspinanie zastąpić czymś ciekawszym więc opalanie szybko się znudziło i po chwili można było zobaczyć kilku wesołków ubranych tylko w buty i kaski, z dziabami w rękach, którzy staraja się coś załoić, tudzież poskakać do śniegu.
I gdy, wracając już do schroniska, oficjalnie zamknęliśmy sezon zimowy, ktoś nam powiedział, że na Buli są jeszcze niezłe warunki. Tak to właśnie, następnego dnia znaleźliśmy się na tej najpopularniejszej „ścianie” tego roku. Właśnie tu zobaczyłem jak bardzo charakter danej drogi zależy od aktualnych warunków pogodowych. Latem czegoś takiego nie ma. Zimą natomiast można zrobić daną drogę, a potem przyjechać np. po miesiącu, pójść na nią jeszcze raz i.... jej nie poznać. Tak właśnie było teraz, głównie poprzez super niski stan śniegu. W zasadzie to wspinaliśmy się już w błocie, także nasz zapał topniał jak śnieg wokół. A juz zupełnie straciłem chęci gdy z tego błota wyjechał blok skalny wielkości monitora który nie omieszkał się ze mną przywitać. Całe szczęście niezbyt czule... Całości dopełnił potężny huk lawin, także zaraz po skończeniu drogi pognaliśmy na dół.
Szkoda tylko że tzw. drogi „na rozgrzewkę” okazały się drogami sezonu, ale czasami bywa i tak. Jak to w górach...
Ryszard Równicki