W jaskiniach Belgii

Między 16 a 23.IV. na zaproszenie ambasady polskiej w Brukseli gościłem w Belgii w związku z festiwalem literackim Grand Hotel Europa. Po przejrzeniu map i internetowych baz danych szybko znalazłem dodatkowy cel wyjazdu: jaskinie belgijskiej części Ardenów. Belgia to kraj to mały i płaski, ale zagęszczenie obiektów jaskiniowych całkiem sporych rozmiarów jest tu imponujące. Najdłuższy jest system Han-Belvaux, liczący sobie już ponad 10 kilometrów, najgłębszą zaś jest jaskinia Trou Bernard (-140m, przy czym "bez namoczenia" można osiągnąć tylko poziom syfonu na głębokości -128m). Obok tych dwóch obiektów, stanowiących najatrakcyjniejszy cel wyprawy, wśród wielu interesujących dziur, którymi Belgowie się starannie opiekują jest zaledwie kilka większych próżni, do których mamy dostęp bez uprzedniego molestowania posiadaczy kluczy do włazów wejściowych. Podczas wyjazdu udało nam się zwiedzić cztery istotne próżnie: Jaskinia Trou Bernard jest położona na dnie sporego, zarośniętego leja pośród pól w bezpośrednim sąsiedztwie wsi Mont nad doliną Mozy. Suche podczas naszej obecności, ale wyraźnie zaznaczone koryto potoczku, kierującego się wprost do otworu potwierdza, ze jaskinia przy nawalnych deszczach może stać się błyskawicznie morderczą wodną pułapką. Wiele belgijskich jaskiń ma charakter ponorów, czy też podziemnych przepływów rzek wijących się na powierzchni. Na szczęście akurat w krajach Beneluksu wiosna jest porą suchą (deszcz leje rzadko, a pojęcie roztopów jest tam nieznane; zimą śnieg pada efemerycznie). Na ścianie przed wejściem do Trou Bernard wisi tablica upamiętniająca śmierć dwóch młodych grotołazów, którzy nie zdążyli się w porę ewakuować przed przyborem wody. Jaskinia jest raczej pozbawiona interesującej szaty naciekowej, a o jej atrakcyjności stanowi wybitnie sportowy charakter, jaki prezentuje. Dwa ciągi studni o maksymalnej głębokości ok. 30 metrów łączą się w Meandrze SSN na głębokości ok.-100. Wyboru drogi należy dokonać już na starcie, bo ciągi rozstają się ze sobą tuż poniżej wąskiego wlotu pierwszej studni. Ja wybrałem wariant klasyczny, licząc na mniejsze ciasnoty, ale dla solisty z worem wypełnionym 150 metrami liny każde zwężenie okazuje się skrajną uciążliwością. Praktycznie każda studnia w jaskini ma jakiś dowcipny start, najczęściej trzeba po prostu pokonać stropowy zacisk w pełnym rynsztunku, by móc zjechać niżej. Zdecydowanie najmniej przyjemnym odcinkiem głównego ciągu jest szczelinowa studnia Le Chicanes, która "szykanuje" poprzez zasysanie do swojej dolnej, stanowczo za ciasnej dla człowieka części, podczas gdy my musimy walczyć o ukośne jej pokonanie w nieco szerszej kubaturowo partii. Tak czy owak, jaskinia może sprawić satysfakcję sportową, a już szczególnie godne uwagi jest dla polskiego grotołaza połączenie "tatrzańskich" trudności wewnątrz groty z "jurajskim" dojazdem prawie pod sam otwór (z auta idzie się pólkiem w dół ok. 3 minut). Kolejne dwie nory zwiedziliśmy w rejonie Rochefort - najintensywniej podziurawionym fragmencie belgijskich Ardenów. Dwie najdłuższe jaskinie Belgii Grottes de Han- Belvaux i Grotte de Rochefort są oddalone od siebie ledwie o kilka kilometrów. Obie można zwiedzić pokonując trasy turystyczne w grupie z przewodnikiem. Grotte De Han, którą wybraliśmy zdumiewa rozległością sal i korytarzy, a także monumentalnymi formami naciekowymi praktycznie na całej swej długości. Zwiedzanie trwa bite półtorej godziny, zaczyna się od górnego otworu, do którego dojeżdżamy uroczą ciuchcią, zaś trasa podziemna poprowadzona jest tak, by największe atrakcje zostawić na sam koniec. W najobszerniejszej z komór turystom prezentuje się spektakl "światło i dźwięk", a na koniec pakuje się wszystkich ciasno do łodzi, by wypłynąć wielką rzeką na powierzchnię. Wrażenia są podobne jak w bliższej nam geograficznie Domicy z pogranicza słowacko - węgierskiego; w pewnym momencie człek się łapie na przesycie nadmiarami kalcytowych cudów, ale stanowczo polecam odwiedziny w Grottes de Han wszystkim zabłąkanym w okolicy (cena biletu nieco powyżej 10 euro od osoby). W samym Rochefort, opodal mostu na rzece Lomme, zieje sporych rozmiarów otwór jaskini Trou de Nou-Moulin. Rzeka zakręca w bezpośrednim sąsiedztwie wlotu, na wszelki wypadek usypano prowizoryczną tamę, ale przy stanach powodziowych niewiele to pomaga. Grota stanowi system poziomych korytarzy o łącznej długości powyżej 1600 m, rozwiniętych na dwu poziomach. Główny, dolny ciąg przestronnych tuneli zalewany jest w całości, kiedy rzeka wzbierze, czego koronne dowody w postaci wystających ze szczelin i przyklejonych do stropu gałęzi, plastikowych butelek i innych skarbów naniesionych z powierzchni, mijaliśmy nieustannie. Po kilkudziesięciu metrach od wejścia zainstalowano ongiś kratę, która jednak nie wytrzymała naporu wody i dziś przechodzi się nad nią bez trudu, jednocześnie ze zgrozą obserwując ilość naniesionych przez rzekę śmieci i szczątków drzew, które się na tej przeszkodzie zatrzymały. Wygodna część próżni doprowadza po kilkuset metrach do końca Grande Galerie, gdzie celem dotarcia do najodleglejszych korytarzy należy się przedostać przez skomplikowane, ciasne zawalisko (Fromage de Gruyere), albo nieco wcześniej odnaleźć bardzo mokry, często zalany po strop przełaz Le Benitier, zaczynający się u stóp połogiej ściany. Samą ścianą możemy się łatwo wspiąć ok. 10 metrów na poziom górnej galerii (Galerie Superieure), gdzie zachowało się trochę ładnych nacieków. Do tego poziomu woda nie sięga nigdy - trawers nad studniami został na stałe oporęczowany stalówką, w celu usprawnienia ewentualnej ucieczki. Ostatnią jaskinią, którą odwiedziliśmy podczas naszej literacko - podziemnej mikrowyprawy, była Chantoir du Rouge-Thiers. Obszerny otwór łatwo odnaleźć kierując się z biegiem rzeki w niewielkiej wiosce Adzeux kilkanaście kilometrów na południe od Liege. Rzeczka wpływa do podziemnych czeluści tuż za płotem miejscowego campingu, w bezpośrednim sąsiedztwie campingowego basenu, co w sezonie może być przyczyną pewnych nieporozumień. Belgowie stanowczo radzą nie wzbudzać sensacji wśród kąpielowiczów i przebierać się dyskretnie, poza widokiem. Jaskinia dzieli się na dwie wyraźnie odmienne cześci. Główny ciąg kontynuuje się za otworem prosto, z rzeką, aż do łatwego przełazu, który wprowadza do bardzo obszernego, stromo opadającego gangu (Grand Couloir). Na głębokości -55m. korytarz wprowadza do ładnej komory z deszczem podziemnym, kapiącym wprost na ciekawe kalcytowe polewy "bulwiasto-stalagmiciaste". W sali wraca do nas rzeka i łącząc się z sąsiednią strugą zakręca w niskie i mokre kontynuacje, aż do końcowego syfonu. W drodze powrotnej warto wejść w ciąg bocznych meandrów, doprowadzających do systemu studzienek i bardzo mokrych salek, które wyprowadzają do otworu. W związku z tym, że dysponowaliśmy samochodem tylko przez trzy dni, na tych dokonaniach zakończyła się jaskiniowa część wyjazdu. Przy okazji zaliczyliśmy też do "korony Europy" najwyższy punkt Belgii - Signal de Botrange (696m npm) w pobliżu granicy niemieckiej, kilkadziesiąt kilometrów na południowy wschód od Liege. Z powodu braku karty kredytowej nie mogliśmy skorzystać z wypożyczalni aut, ale dzięki uprzejmości attache kulturalnego ambasady polskiej jeździliśmy pojazdem należącym do korpusu dyplomatycznego. Zabawne były też nasze powroty z worem jaskiniowym i ubrudzonymi plecakami do snobistycznych, pięciogwiazdkowych hoteli brukselskich, które nam fundowano. Warto z belgijskimi grotołazami się bliżej poznać i uzyskać dostęp do bardziej spektakularnych jaskiń, których których Ardenach nie brakuje. Teren jest dość nietypowy, ale stanowczo godzien kolejnych, już liczniejszych i gruntowniej przygotowanych wypraw.

W wyjeździe udział wzięli: Wojciech Kuczok i Karina Przewłoka.